Końcem lata.


Chyba nadszedł ten doroczny czas, w którym wszechobecna szarość daje na tyle w kość (wszak mamy teraz najkrótsze dni w roku), że człowiek podświadomie szuka pocieszenia i może znaleźć je, wracając wspomnieniami i zdjęciami do wtedy, kiedy jeszcze świat nie wyglądał jak po atomowej apokalipsie - czyli nigdzie indziej jak do lata. A jak lato, to nie ma siedzenia w domu, tylko w drogę, i to nie na jeden dzień, ale i na noc! A jak! :)


Lato już po prawdzie wrześniowe, ale tegoroczne było tak mocne, że i wrzesień mógł stanąć w jednym szeregu z lipcem i sierpniem - szkoda tylko, że akurat nie w ten dzień. Było dość szaro i zalatywało już końcem tej pory roku, ale jak widać powyżej mandżur spakowany, więc żadnej dezercji nie brało się pod uwagę. Weekend też jest tylko raz w tygodniu, więc tym bardziej trzeba było jechać.



Plan zakładał podążanie wzorem piosenki Michała Lonstara - gdzieś na południe :) Nie było żadnego celu, planu, schematu. W plecaku było wszystko co było potrzebne by przeżyć ekstremalne warunki tej pory roku porą nocną, i można było pozapuszczać się trochę dalej niż zwykle. Bardzo wyzwalająca świadomość.



Z pewnością chata jakichś kultystów ;)

Powoli docierałem w okolice Wzgórz Dylewskich (tak, dla nas to już prawie góry ;) ze szczytem w postaci Góry Dylewskiej o wysokości 312 m.n.p.m.



Pobórze

W pobliżu Pobórza, które wygląda prawie jak jakaś klasyczna średniowieczna wioska, natknąć się można na stary i absolutnie zapomniany, ale mający swój klimat cmentarz:




Nazwiska przeważnie niemieckojęzyczne, ale zdarzały się też hybrydy z polskimi. Czas było wyruszać w dalszą drogę. Poniżej dąb przy nieczynnym Gieesie w Pietrzwałdzie:






Wzgórza Dylewskie zawsze są ciche, ale teraz były ciche jeszcze bardziej. Sezon turystyczny chyba się tu skończył i niedaleki hotel Ireny Eris już nie ściągał tylu warszawiaków w te strony, choć minęły mnie może ze dwa samochody z takimi numerami, podążające pewnie do "siedlisk", czyli całkiem zacnie wyposażonych domko-apartamentów do wynajęcia.

Siedlisko. Wygląda skromnie, ale w środku ponoć jest "wypas" :) 



Ja tymczasem podążałem do pewnej atrakcji turystycznej, którą zawsze chciałem zobaczyć. Wiadukt kolejowy w Glaznotach. Sporo dobrego słyszałem o tym miejscu i w końcu była okazja by to zobaczyć. Oczami wyobraźni widziałem mniejszą wersję wiaduktu Glenfinnan po którym Harry śmigał do Hogwartu, a moim oczom ukazało się.. to:


Hmm. Startu nie ma to nawet do śląskich wiaduktów, ale nie było tragedii ;) Może to przez te toi toie i remont pierwsze wrażenie było takie a nie inne? :)




Panorama, skyline Glaznot ;)



Z góry jednak widok był całkiem sympatyczny. Na dole, jak się okazało, też było fajnie:





Było z kim pogadać i gdzie usiąść. Miejsce na grilla też było. Niestety jakieś śmieci po imprezach też dało się zauważyć, co wkurza tym bardziej, że był na nie zakątek, ale kurde nie, lepiej rzucić w krzaki obok. Niedaleko tego kempingu zobaczyłem jakąś chatkę schowaną w zaroślach i wyglądała jak jakaś samorobiona altana:


Tym większe zdziwko miałem, jak wyszedł z niej jakiś facet z psem i zaczął iść w moim kierunku. Gość wyglądał jak jakiś preppers a pies był owczarkiem niemieckim, i ciekawe czy oni tam mieszkali na stałe, czy tylko tak sezonowo ;) Tak czy owak, musiałem ruszać dalej.

Dzień nadal był pochmurny, ale już nie tak z gatunku dołująco pochmurnych, tylko bardziej pochmurny na klimat, choć to może zasługa otoczenia.





Mocna zieleń lasów na wzgórzach dawała bardzo przyjemne odczucia podczas jazdy. Sporo było zjazdów w dół, sporo też pod górę. Bagaż, mimo iż zamocowany na sznurówki z butów, trzymał się dzielnie i nie ciążył prawie w ogóle.




Na niektórych odcinkach było już prawie że jesiennie, ale właśnie takie były te tereny, miały swój odrębny od reszty mikroklimat. Z leśnych ostępów wjechałem w bardziej polne i otwarte. I wtedy voila, czy tam po naszemu włala:



Niebo też zaczęło się otwierać. Dotarłem do miejscowości Elgnowo. W czasach szkoły średniej mieliśmy swój punkrockowy zespół, i nasz perkusista wyprowadził się właśnie tam. Zapakowaliśmy do powiatowego autobusu gitary, wzmacniacze i pojechaliśmy od nas te 30 kilometrów do niego na parę dni by pograć i sobie pozwiedzać. Jakże miło było zobaczyć te tereny i przypomnieć sobie tamten czas.





Hałasowaliśmy w tym domu (z dachem) ;)



W Elgnowie na powrót zachmurzyło się i trochę nawet popadało, ale za chwilę znów szło na lepsze.

Trzeba było już zastanawiać się nad miejscem docelowym, bo godzina zaczynała się pomału z tych mocno popołudniowych, a ja nadal beztrosko śmigałem polami. Wybór przyszedł bezproblemowo - jakże nie odwiedzić by znów Grunwaldu i przyległości :) Dzieliło mnie od tamtąd coś koło dziesięciu kilometrów.







Przy kościele w Dąbrównie naprawdę uwierzyłem w cud, bo z tak nieciekawego dnia zrobiło się nagle zupełnie letnio. Pola Grunwaldu nie zawiodły i również przywitały mnie po królewsku:






Oh yeah, w to mi graj - pola kukurydzy, w oddali lasy, słońce :) Moje klimaty.
Zajechałem do Grunwaldu i zakupiłem wieczorny prowiant w tym samym sklepie, w którym kiedyś przebłagaliśmy sklepową (ten gość z którym wtedy byłem to właśnie nasz elgnowski perkusista) by dała nam pięć złotych na litr paliwa, jak nam zgasł samochód podczas powrotu z inscenizacji bitwy :) Także, wspomnienia pełną gębą :) Teraz tylko musiałem znaleźć jakieś dobre miejsce by się rozbić i mieć święty spokój. Trochę pokluczyłem po polach rozglądając się, ale dość szybko wybrałem nieduży lasek niedaleko pomnika Zwycięstwa, w którym co roku rozbijają się bractwa rycerskie. Po chwili mój obóz był gotowy:










Rozbiłem się na granicy lasku. Jakoś lubię mieć obok otwartą przestrzeń - lepiej się wtedy ucieka w nocy jak coś zaczyna nas gonić ;)
Przy pomniku kręciło się trochę ludzi, na polach szczęśliwie nie było nikogo. Dobrze, bo miałem trochę obaw czy takie obozowanie jest na legalu, a wizja szukania innej miejscówki o tej porze była dość niefajna. Nikt nie niepokoił, więc można było odpocząć po całodziennym pedałowaniu, i zacząć przygotowywać ognisko na wieczór.






Podczas poszukiwań drwa natknąłem się na pozostałości po inscenizantach - od jakichś lin, po deski, na butelkach po miodach pitnych kończąc (no nieładnie pany rycerze - znaczy pić ładnie, ale sprzątać po sobie trza, a nie jak motłoch dziki jaki). Nad moim namiotem zauważyłem też dwie zwisające liny, zapewne po huśtawce którą jakiś dzielny wojak zmajstrował swojej białogłowie, ale przy zapadającym wieczorze jakoś tak inaczej mi się zaczęły te liny kojarzyć.. ;)

Słabo, ale widać te liny :)




Ciemniało i robiło się zimno. Wcześniej ognisko posłużyło jako narzędzie do podgrzania sobie jedzenia, teraz jednak zyska element podtrzymujący na życiu i duchu, bo ten uroczy lasek zaczynał się robić pomalutku coraz mniej gościnny :)




Liny! :O



                                                                                           Ogień to magia.

Z zachwytu nad nim i słuchaniu muzyki wyrwał mnie dźwięk rozładowującego się telefonu. Co jest, przecież podłączyłem powerbanka. No tak, powerbank też na wyczerpaniu, jednak powerbanka dla powerbanka nie miałem. Ale jakbym miał powerbanka dla powerbanka, to wtedy.. ech, nieważne ;)
I tak już zawijałem się do namiotu, więc pomyślimy o tym jutro.

W nocy było zimno. Przez duże zet. Oczywiście miałem ubrania, śpiwór, karimatę i czapkę zimową. Mimo tego nadal było zimno. To raczej normalne, ale poczułem, że wypite wieczorem piwo nie pozwala mi zasnąć. Sprawdziłem godzinę, było lekko po północy i jakoś nie po drodze mi było wyjść z namiotu, ale tu nie było miejsca na dyskusje. Wylazłem z niego i wpadłem w czarną dziurę. Serio, takiej ciemności nigdy w życiu nie doświadczyłem. Absolutnie żadnego źródła światła w tej ogromnej czarnej przestrzeni pól i poczułem się jak niewidomy. Jakby teraz coś na mnie wyleciało z tego lasu, choćby wiewiórka, to padłbym tam na zawał. Jakoś obyło się jednak bez wiewiórek i za chwilę na powrót siedziałem w środku i starałem się zasnąć. Obudziło mnie dopiero ryczenie. Było już szarawo, nie czarno, a gdzieś w oddali darł się chyba jeleń. Głęboki dźwięk jego głosu roznosił się po uśpionych polach i to było naprawdę piękne. Wyszedłem z namiotu.





 Zdjęcia to niestety ułamek tego jakie wrażenie robiła ta mieszanka ciszy, przestrzeni i mgły, z której inkarnował się świat. Zupełnie rozumiem, że kiedyś ludzie czcili słońce jako bóstwo a i dzisiaj nadal ma to sens. Położyłem się jeszcze by chwilę pospać





Kiedy wstałem, było już jak widać powyżej. Las znowu wyglądał jak macierz Gumisiów i jelonka Bambi, a słońce grzało coraz mocniej. Rozpaliłem jednak ognisko, zziębnięty po nocy. Zjadłem i zaczynałem się pakować, bo przede mną prawie czterdzieści kilometrów pedałowania, a jutro już znów obowiązki i reszta tego życia, które trzeba odhaczyć i mieć z głowy. Ostatnimi zdjęciami pożegnałem moją miejscówkę:



I padł mi telefon :) Znaczy nie całkiem, ale już nie chciał robić zdjęć. Szkoda, bo dzień od początku, bez czajenia się, dawał w głowę latem z pełną mocą i chciałem mieć z niego pamiątkę. Wyjechałem z pól, w Grunwaldzie znów kupiłem coś do picia (pozdrowienia dla młodego lokalsa z piwkiem w ręku który pozdrowił mnie ręką) i ruszyłem powrotną drogą w stronę Samina, by tam odbić i wracać, ale droga inną niż przyjechałem. Tak jechałem w tym słoneczku i myślałem, jak fajnie się rowerem jeździ i ile można zobaczyć, i tak dojechałem do Samina. Na rozstaju dróg zatrzymałem się, sprawdziłem papierową mapę i nadepnąwszy na pedał by ruszyć, usłyszałem trzask. Mimo to wsiadłem na rower i próbowałem jechać dalej, jakby ignorując go, ale nie szło jechać już jak wcześniej. Na początku pomyślałem, że to znów przerzutki, ale dopiero co je naprawiłem i spisywały się dobrze. Coś ewidentnie stało się z tylnim kołem. Inspekcja nie pozostawiła złudzeń. Z tylnej piasty oderwała się śruba spajająca ramę z kołem, w efekcie czego koło nie trzymało się i nie dało rady jechać. Można było tylko prowadzić rower, a i też nie było to komfortowe przy tym bagażu. Cho-le-ra. Do domu prawie czterdzieści kilometrów. Przy dobrych wiatrach dojdę tam w nocy. Niedziela, nie ma pewnie żadnych autobusów. Telefon już mi piskał, ale postanowiłem spróbować. Zadzwoniłem do domu i powiedziałem jak jest. I tu stał się kolejny cud. Na tej resztce baterii dogadałem się na tyle, że wysłano mi akcję ratunkową, i przyjechał kolega brata i zabrał mnie z miejscowości o wdzięcznej nazwie Tułodziad do domu. Pierw jednak musiałem przejść z Samina parę kilometrów, i wtedy żałowałem że nie mogę robić zdjęć, bo szedłem malowniczym wąwozem między polami, a pogoda tylko doprawiała miodność okolicy. Z Tułodziada (cóż za zbieg okoliczności z moim położeniem) złożywszy rower do bagażnika, zabrałem się i wróciłem do domu. Po takim weekendzie nie straszny już żaden tydzień :)

Także tą notką prawdopodobnie żegnam wysłużony dwukołowiec, bo awaria ta popchnęła mnie do kupna nowego. Stary był od początku problematyczny, nieposłuszny, ale zjeździłem nim spory kawałek własnego podwórka, i gdy nie sprawiał kłopotów, to naprawdę jeździło się nim elegancko i wygodnie. I na tym nowym, mimo że technicznie to przepaść, to brakuje mi trochę tego uczucia. Rower nie został wyrzucony i kto wie, może kiedyś wróci w glorii? :)

Poniżej mapki:





Niebieska linia to trasa do, czerwona zaś to trasa "spacerowa" do Tułodziada :)

Komentarze

  1. No proszę, zupełnie jak na tym moim końcu kraju – zabytki w remoncie? Są (jak ta zapora w Czechach). Rzeźbione dziadki? Też są. Tylko tylu mijanych jeziorek nie ma – czego nieustannie zazdroszczę ;( A i wszelkie pozostałe widoki też ładne, niemal tak sielsko jak na Podlasiu.
    Miejsce na biwak wyborne. W ogóle sama idea wybrania się dalej od domu, celem biwakowania – doskonała 😉 Ach, poranek w namiocie – gdy człowieka budzi albo chłód o świcie, albo duchota i gorąc, też o świcie :P Brakuje mi tego, muszę w przyszłym roku coś przedsięwziąć – o ile namiot jeszcze się do czegoś nadaje…
    Haha, co do lin za namiotem (na pierwszym zdjęciu obozowiska widać je wyraźnie) miałam podobne wątpliwości 😉
    Przepraszam, ale zawsze parskam przy opisach tych nocnych strachów :D No bo najpierw jest taki bojowy nastrój wyprawy w mniej lub bardziej nieznane, survivalowy obóz na dziko, z ogniskiem and stuff, a potem wiewiórki 😉 Co, skądinąd, rozumiem doskonale 😉
    Tułodziad – no lepiej się nie mogło trafić, faktycznie :P Choć patrząc po mapce, muszę przyznać, że nie oparłabym się, żeby nie wybrać miejsca na nocleg we Fiugajkach 😉
    No nic, to czekamy znów na ciepły sezon… Ale teraz już górki, coraz więcej dnia będzie 😊

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Cmentarz na Górce.

Latem kajakiem po Drwęckich Krainach